„Zmora: czarna toń” – recenzja
Małecki w dobrej formie
Robert Małecki niespodziewanie wypuścił na rynek kontynuację wydanej przed czterema laty „Zmory”. „Zmora: czarna toń” to toruński pisarz w swojej najlepszej formie.
Robert Małecki pisze świetne kryminały – koniec i kropka. Ale kiedy konstruujesz swoją nastą książkę kryminalną, trudno jest – jak się mogę domyślać – wymyślić coś nowego. Zwłaszcza jeśli masz pewien dość wymagający styl. A Małecki to szczególarz. W kryminałach Małeckiego tak postaci, jak i miejsce akcji, są mocno doprecyzowane, co wymaga nie tylko pomysłu, ale też dużej precyzji. Dla niektórych może być to męczące. Dla innych – fascynujące. Jeśli ktoś, jak ja, lubi czytać kryminały z telefonem z Google Maps w ręku – będzie usatysfakcjonowany. I w przypadku kontynuacji „Zmory” dostajemy Małeckiego w najlepszej formie.
Przedostatnia powieść toruńskiego pisarza, „Rumor”, nieco odstawała od wyśrubowanego poziomu, do którego przyzwyczaił czytelników. To nie tak, że „Rumor” był kiepski. Był po prostu nieco inny stylistycznie. Można odnieść wrażenie, że autor chciał trochę poeksperymentować i skręcić w rejony, które świetnie eksploruje jego kolega po piórze – Wojciech Chmielarz. Nieco mniej było składania śledztwa do kupy i zakamarków topograficznych województwa kujawsko-pomorskiego, a więcej dynamicznej akcji. Moim zdaniem to zdecydowanie nie jest najmocniejszy punkt w dorobku przesympatycznego pana Roberta.
„Zmora: czarna toń” to powieść ze wszech miar udana. Udana bardziej nie tylko niż „Rumor”, ale także wydana w 2021 roku pierwsza część tej opowieści. Bo „Zmora” była dość mroczna, ciężka w warstwie psychologicznej. Kama Kosowska, główna bohaterka obu odsłon tej historii, w pierwszej części mierzy się ze swoimi demonami, a my nurzamy się w tym razem z nią (choć fabularny twist wiele wynagradza). Tymczasem drugi tom stylistycznie jest znacznie bliższy temu, co Małecki tworzył w seriach toruńskiej czy „grudziądzkiej” (przepraszam za skrót myślowy: grudziądzki jest tak naprawdę tylko pierwszy tom tej serii – „Wiatrołomy”). A więc śledztwo, dużo rozmów, dużo penetrowania okolicy, subtelne mylenie tropów i dynamiczny finał. A wszystko to z widokiem na niewielkie, ale malownicze jezioro Kamionkowskie, leżące nieopodal Torunia, które zdaje się być niemym świadkiem oddalonych od siebie o kilka ładnych lat sylwestrowych zaginięć dwóch niezwiązanych ze sobą kobiet.
Nieco zaniepokojony „Rumorem” – uspokajam się więc drugą odsłoną „Zmory”, która ukazała się w moim odczuciu nieco niespodziewanie (pierwsza część nie wydawała się materiałem na serię). Być może decydująca dla decyzji o napisaniu drugiego tomu była sprzedaż praw autorskich do serialu na podstawie tego tytułu, który – jeśli się przyjmie – daje nadzieję na owocną kontynuację. Wypada jedynie trzymać kciuki, że przygoda Roberta Małeckiego z małym ekranem będzie co najmniej równie udana jak ta wspomnianego Wojciecha Chmielarza (przyzwoicie zrealizowane „Żmijowisko”, świetna „Prosta sprawa”), a „Zmora” nie podzieli losu znakomitej „Czerwieni” Małgorzaty Sobczak, z której szklany ekran wyprał cały koloryt.
Łukasz Wieliczko
Zapraszamy do wypożyczania: LINK
