Ułatwienia dostępu

Genialny pies i biały jeleń – recenzja

Genialny pies i biały jeleń
Przez wiele lat Warmia i Mazury były niemalże kryminalną pustynią. Ostatnio literacki trup ściele się w naszym województwie gęściej. W tym roku swoje zbrodnie popełnili między innymi Weronika Mathia i Grzegorz Brudnik. Jak im poszło?

Przez długi czas nasz region stanowił białą plamę na mapie kryminalnej Polski (jak ja wtedy zazdrościłem Wrocławiowi i Trójmiastu!), a jedynym broniącym honoru był Zygmunt Miłoszewski, który swój „Gniew” osadził w skrzącym się od jedenastu jezior i sygnalizacji świetlnej Olsztynie. Ruszyło kilka lat później. Giżycko i okolice pojawiły się w książkach Agnieszki Jeż (moim zdaniem dość średnich), gdzieś tam błysnęło Węgorzewo (Bernadetta Prandzioch), Przemysław Borkowski z niezłym skutkiem zahaczył o swoje Dywity i Olsztyn (seria z Rozłuckim), wreszcie Iławę („Szept” i „Rój”) i Olsztyn literacko zinwigilowała Weronika Mathia. Ten rok był dla dla Olsztyna wyjątkowo płodny, bo oprócz „Rdzenia” Weroniki Mathii pojawiły się także „Psycholożka” i „Studentka” Michała Kellera, a także „Grobla” Pawła Jaszczuka. Ale przecież nie tylko swą stolicą region żyje.

Kilka miesięcy temu na rynku ukazały się dwa kryminały, których akcja toczy się na Mazurach. „Alfa” Grzegorza Brudnika dzieje się w Giżycku, Weronika Mathia po Iławie i Olsztynie kryminalnie odwiedziła tym razem podszczycieński Pasym. I chyba jedynie osadzenie w naszym regionie łączy obie te powieści.
„Alfa” to moje pierwsze zetknięcie z Grzegorzem Brudnikiem i uczucia mam dość mieszane. Z jednej strony ucieszyło mnie, że ktoś z autorów wreszcie bardziej wgryzł się w  Giżycko, z drugiej – chyba literacko się niekoniecznie polubimy. Kolejna część cyklu o komisarzu Rafale Lichym to historia, w której główny bohater, po różnych perypetiach z przeszłości, razem z wiernym, ponadprzeciętnie inteligentnym czworonożnym przyjacielem, przenosi się do Krainy Wielkich Jezior – trochę odpocząć. Policyjne przeznaczenie trudno jest jednak oszukać i zostaje włączony do sprawy powiązanych ze sobą trzech morderstw. Z plusów – to kolejny po kryminałach Agnieszki Jeż („Szaniec”, „Odpłata” i „Kto jest bez grzechu”) osadzony w Giżycku, co mnie – pochodzącego z tego miasta – cieszy. Jest u Brudnika tego Giżycka i okolic sporo (czuć, że autor spędził tu trochę czasu). Są jeziora i kanały, jest most obrotowy, który drażni tubylców (prawda: to jednocześnie powód do dumy, jako wyjątkowy zabytek, jak i irytacji, kiedy jest zamknięty), jest Twierdza Boyen, wreszcie jest Kraina Wielkich Jezior po sezonie (a Mazury w sezonie i po nim to tak naprawdę dwie różne krainy, o czym nie wszyscy pamiętają) i klimat sterników, żeglarzy i ich mniejszych i większych jednostek (i wydaje się, że pan Grzegorz dość dobrze zgłębił te tematy). Oczywiście są też pewne niedociągnięcia, jak choćby niefortunna odmiana podgiżyckiej miejscowości Bystry (panie Grzegorzu – to rodzaj męski liczby pojedynczej: ten Bystry i tego Bystrego, nie te Bystry i tych Bystr!) czy równie nieudana deklinacja Sowirogu (w książce „Sowiroga”), ale nie to najbardziej przeszkadza w lekturze. Najsłabszym punktem „Alfy” jest infantylna narracja. Historia jest dość poważna (wspomnę choćby trzymający w napięciu nocny wypad łodzią na opuszczoną barkę na środku jeziora, obrazowo nawiązujący do najlepszych scen kina policyjnego w stylu „Zabójczej broni”), narracja nie. Pomiędzy dialogami narrator opowiada nam tę historię, jakby dorosły opowiadał dziecku bajkę o Czerwonym Kapturku („Gdyby ktoś spoglądał z boku, mógłby pomyśleć, że to sama Pani Jesień przybyła doglądać swych włości”, „Dym rozbisurmanił się po całym budynku, a gdy tylko ujrzał Lichego, stojącego w otwartych drzwiach, skoczył ku niemu, wycałował go, wycisnął łzy z oczu i wybiegł na dwór”). Nie do końca rozumiem ten zabieg i w moim przypadku drażniąco utrudniało lekturę. Nie wiem, czy to styl autora, czy jakiś eksperyment (być może chodzi o taki narracyjny dystans – mrugnięcie okiem do czytelnika, by za bardzo nie wczuwał się w realia świata przedstawionego?), ale jeśli to drugie, to w moim odczuciu niekoniecznie nieudany.
„Chłód” Weroniki Mathii to zupełnie inna bajka. Nie tylko dlatego, że to samodzielna opowieść, a nie część cyklu, ale przede wszystkim z uwagi na to, że pisarka z Iławy kolejny raz potwierdza, że potrafi misternie skonstruować jednocześnie bardzo intymną i pełną napięcia opowieść o ludziach, ich trudnych relacjach, namiętnościach, skrywanych tajemnicach i tragediach, które czasami wydarzają się nieco przypadkiem, gdy ktoś akurat na chwilę odwróci wzrok. Mathia osadziła akcję w bardzo klimatycznym Pasymiu (polecam ze wszech miar: piękne, zwłaszcza na północnym brzegu, jezioro Kalwa, potężny ratusz jako świadek minionej świetności miasteczka i świetna pizza na rynku) i jego okolicach, bo ważne dla fabuły są ruiny ośrodka Rudka, tak lubiane przez okolicznych miłośników urbexu. Mathia ma niezwykły dar do nasycania swoich kryminalnych historii wrażliwością, wznosząc gatunek na nieco wyższy poziom. Tak jest i tym razem, a istotny dla fabuły biały jeleń zdobiący okładkę jest tu zarazem symbolem wyjątkowości, inności (inność, inna wrażliwość, odstawanie od reszty, to chyba ulubione  motyw pisarskie Weroniki Mathii), jak i pewnym papierkiem lakmusowym wspomnianej wrażliwości. Autorka ponownie, jak w świetnym „Szepcie”, potrafiła połączyć przeszłość z teraźniejszością, wgryzając się znów w relacje, tym razem przede wszystkim te rodzinne: między rodzicami i dziećmi oraz w obrębie rodzeństwa. Pomiędzy trudnymi stosunkami i niedopowiedzeniami czai się zbrodnia, która rzuca cień na kolejne pololenia. To wszystko w magicznej zimowej aurze małego klimatycznego miasteczka wywołuje w czytelniku podobny efekt do tego, kiedy po zachłyśnięciu się mroźnym powietrzem czujemy nagle w płucach uderzenie piekącego gorąca.

Mam z książkami takimi jak „Chłód” problem: trudno jest mi znaleźć ich wady i czuję się zupełnie nieprzekonujący jako recenzent, przedstawiając je w samych superlatywach (je, bo w podobnym tonie pisałem jakiś czas temu o „Szepcie”). Jestem przekonany, że bardziej ufali mi Państwo w tej pierwszej części tego tekstu, kiedy skupiłem się na niedoskonałościach „Alfy” Grzegorza Brudnika, niż teraz, kiedy wyłącznie chwalę Weronikę Mathię. Szkopuł w tym, że – niestety! – nie jest to recenzja przez nikogo sponsorowana, a obie książki czytane w dość krótkim odstępie wzajemnie eksponują swoje wady i zalety.

Łukasz Wieliczko

Zapraszamy do wypożyczania:
Alfa
Chłód

Możesz również polubić…